(Oto wykaz wszystkich
stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 2".)
Oto wykaz wszystkich moich stron
ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami
(tj. jako strony po polsku,
angielsku, niemiecku,
francusku, hiszpańsku,
włosku, grecku, oraz
rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione
są przedmiotowo.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 4".)
Witam na mojej stronie internetowej o tajemniczej Nowej Zelandii
Gdyby
ktokolwiek nas zapytał jaki kraj na świecie jest
najbardziej tajemniczy, prawdopodobnie mielibyśmy
poważne trudnosci z dokonaniem wyboru. Wszakże
wiemy o piramidach z Egiptu, o tajemniczych
kamiennych monumentach z Południowej Ameryki,
o Wielkim Murze Chińskim i o wszelkich owych
tajemnicach jakie go otaczają, itd. Nigdy byśmy
zapewne nie przypuszczali, że miniaturowe wersje
tych tajemnic z wszelkich innych krajów, można
także znaleźć w Nowej Zelandii. I tak Nowa
Zelandia w części zwanej Coromandel posiada
dwie małe piramidy, w lasach Kaimanawa
posiada ruiny kamiennej świątyni w stylu Machu
Picchu (jak te z Peru), w tzw. Northland posiada
ona miniaturę Wielkiego Muru Chińskiego,
posiada ona także własne miejsce eksplozji
jakie jest nawet bardziej spektakularne niż
słynna eksplozja Tunguska z 1908 roku z
Centralnej Syberii, a na dodatek do tego
wszystkiego posiada ona jeszcze wiele lokalnych
tajemnic jakie wcale nie występują w innych
krajach świata. Czyli owo popularne zdanie
o Nowej Zelandii, że jest to kraj w jakim
można jedynie zobaczyć 1000 owiec
przypadających na każdego mieszkańca,
jest dosyć mylące. Problem leży jednak w
tym, że w sprawie tajemnic swego kraju
Nowozelandczycy są wyjątkowo nieśmiali
i skromni. Nie lubują się oni w przechwałkach
na temat posiadanych tajemnic. Szczególnie
jeśli tajemnice te nie są uznawane ani
wytłumaczalne przez dzisiejszą oficjalną naukę.
Raczej wolą zabrać swojego rozmówcę
na dobry kufel piwa, lub obejrzeć z nim
podniecający mecz rugby, niż wymądrzać
się w wyjaśnianiu miejscowych tajemnic.
W ten sposób, na przekór że kraj ten
dosłownie przelewa się tajemnicami,
ktoś musi mieć wiele szczęścia aby
cokolwiek znaleźć na ich temat w
miejscowych broszurkach turystycznych
czy w miejscowych oficjalnych publikacjach.
* * *
Niniejsza
strona internetowa właściwie jest wstępnym raportem
który podsumowuje wyniki moich prywatnych badań
nad tajemnicami Nowej Zelandii. Jest ona nastawiona
na ujawnienie w jakich obszarach badania te zostały
dokonane, oraz jakie wyniki one wniosły. Ponadto
wskazuje ona gdzie dokładnie w moich monografiach
naukowych badania nad daną tajemnicą zostały opisane
bardziej szczegółowo (dostarcza ona też darmowych
egzemplarzy tych monografii dla załadowania sobie
do własnego komputera). Wskazuje ona też dokładne
dane innych źródeł informacji związanych z daną
tajemnicą, takich jak artykuły w gazetach, nazwy miejsc,
itp. Poprzez dostarczenie tego wszystkiego, wskazuje
ona rodzaje tajemniczych widoków i zjawisk, które są
warte oglądnięcia w Nowej Zelandii. Wszakże nie daje
się niczego znaleźć na ich temat w oficjalnych przewodnikach
turystycznych. Podczas czytania o opisywanych tutaj
tajemnicach, warto sprawdzić ich położenie na mapach
Nowej Zelandii. Mapy te można znaleźć na stronie internetowej
www.linz.govt.nz.
Ponieważ jestem naukowcem który strannie bada każdą
z tajemnic opisywanych poniżej, razem z prezentacją
każdej z nich podałem również moje własne wyjaśnienie
dla mechanizmu jaki za tajemnicą tą się ukrywa.
Zapraszam każdego do zweryfikowania zasadności
tych moich wyjaśnień.
* * *
Tak więc
proponuję rzucić okiem na te tajemnice Nowej Zelandii,
które zdążyłem już przebadać i przetransformować
w poniższą ich prezentację. Oto one.
#1.
Wykrywacz nadchodzących trzęsień ziemi - tj. instrument jaki alarmuje o
zbliżającym się trzęsieniu ziemi zanim ono nas uderzy:
Jak prawdopodobnie każdy jest już tego
świadomym, dzisiejsza nauka nie jest w
stanie przewidzieć trzęsień ziemi zanim
one nastąpią. Nasze dzisiejsze instrumenty,
nazywane "sejsmografami" wskazują
jedynie zaistnienie trzęsienia, jeśli trzęsienie
to już potrząśnie samym instrumentem.
Dlatego ujawniają one trzesienia ziemi
dopiero po fakcie - czyli kiedy już
dokona ono zniszczeń. Tymczasem
proszę sobie wyobrazić, że tak dawno
temu jak w roku 132 AD (czyli niemal
2000 lat temu), chiński genialny astronom
i matematyk o nazwisku Zhang Heng
zbudował urządzenie obecnie błędnie
nazywane
sejsmografem Zhang Henga.
(Tj. opisy tego urządzenia wskazywane
są przez wyszukiwarki jeśli nazwa "Zhang Heng seismograph"
użyta jest jako słowa kluczowe.) Było ono
w stanie ostrzec o zbliżającym się trzęsieniu
ziemi na długi czas zanim owo trzęsienie
uderzyło. Instrument tego geniusza jest
aż tak zaawansowany, że - jak wyjaśnię to
w dalszej części tego opisu, nawet dzisiaj
wyprzedza ono stan naszej obecnej nauki
ortodoksyjnej o co najmniej dalsze 100 lat.
Aby było jeszcze bardziej interesujące,
połowy wielkości replika tego cudownego
urządzenia znajduje się w Nowej Zelandii.
Może ona być ogladana w muzeum nazywanym
Te Papa,
a znajdującym się w Wellington. Ja
osobiście wierzę, że oryginalne urządzenie
jakie owa replika imituje, było jednym
z "technicznych cudów świata".
Gdyby w Wellington znajdowało się
oryginalne i pracujące takie urządzenie,
nie zaś jego wzrokowo-podobna replika,
Nowa Zelandia mogłaby dumnie stwierdzić,
że jest ono najbardziej zaawansowanym
urządzeniem technicznym na nowozelandzkiej
ziemi, oraz jednym z kilku nielicznych
cudów technicznych naszej planety.
Urządzenie Zhang Henga faktycznie było skonstruowane
w formie ozdobnej fontanny - patrz fotografia z "Rys. 1"
obok. Kiedy też żadne trzęsienie ziemi nie
nadchodziło, urządzenie to działało również
jako ozdobna fontanna. Główny zbiornik na
wodę owej fontanny miał kształt parabolicznej
komory antenowej wykonanej z blachy miedzianej.
Kształt ten w przekroju pionowym przypominał
kształt dzisiejszych parabolicznych anten satelitarnych.
Miał on tą cechę, że skupiał on dokładnie w
swoim centrum większość promieniowania
jakie docierało do owej komory antenowej z
dowolnego miejsca na Ziemi gdzie właśnie
gotowało się jakieś trzęsienie ziemi. Do obwodu
bocznych ścianek tej komory antenowej przymocowanych
było osiem pysków smoczych, z których wypływała
woda. W każdym z tych pysków znajdowała się
ciężka metalowa "perła". Pod każdym zaś z tych
pysków smoczych ustawiona była mosiężna żaba,
która faktycznie była głośnym dzwonem ulanym
w kształcie żaby. Strumienie wody wylewające się
z pysków smoczych zakreślały w powietrzu łuk,
wpadając w otwarte pyski owych żab. Kiedy
jednak nadchodziło trzęsienie ziemi, wówczas
owa ciężka metalowa perła trzymana w pysku
smoka od strony z której nadchodziło to trzęsienie,
wypadała wraz z wodą i uderzała w mosiężną
żabę poniżej. Jej uderzenie powodowało, że
żaba (która faktycznie była głośnym dzwonem)
wydawała bardzo głośny dźwięk dzwoniący.
Dźwięk ten był właśnie alarmem ostrzegającym
o nadchodzącym trzęsieniu ziemi.
Zasada działania opisywanego tutaj urządzenia
bazuje na indukowaniu falami telepatycznymi
zdecydowanych różnic w tarciu wody wypływającej
z pysków owych smoków. W normalnym bowiem
przypadku, kiedy żadne silne trzęsienie ziemi
nie gotuje się w pobliżu tego urządzenia, woda
jaka wypływa z pysków owych smoków formuje
tzw. "wypływ laminarny". Wypływ ten jest doskonale
znany z małego tarcia. Woda ta swoim tarciem
nie jest więc w stanie wyrzucić ciężkich metalowych
pereł leżących w owych pyskach w równowadze
chwiejnej. Kiedy jednak gdzieś w pobliżu zaczyna
się gotować trzęsienie ziemi, tarcie warstw skalnych
indukuje potężne fale telepatyczne które docierają
do komory antenowej owej fontanny. Paraboliczny
kształt owej komory ogniskuje owo promieniowanie
na wlocie do jednej z rur doprowadzających wodę
do pyska smoka leżącego po stronie z której dane
trzęsienie ma nadejść. Energia tego promieniowania
telepatycznego zamienia teraz wypływ wody z owego
pyska z poprzedniego "wypływu laminarnego" na
tzw. "wypływ burzliwy". Wypływ zaś burzliwy ma już
na tyle duże tarcie, że wyrzuca on perłę z pyska
tego smoka. Z kolei upadająca perła podnosi alarm
dźwiękowy informujący wszystkich że trzęsienie
ziemi właśnie nadchodzi. Ludzie mają więc czas
aby uciec z budynków zagrożonych zawaleniem
przez to trzęsienie ziemi.
Niefortunnie dla nas wszystkich, oryginalne
urządzenie Zhang Heng'a zostało zniszczone.
(Nie powinno to dziwić, zważywszy co wyjaśniłem
o diabolicznych UFOnautach na stronie
UFOnauts.20m.com.)
Do naszych czasów przetrwały jedynie laickie
opisy ludzi którzy widzieli je w działaniu, jakie
wyjaśniają nam jak ono wyglądało. Jednak
kluczowe szczegóły działania tego urządzenia
pozostają nieznane. Szczegóły te, niestety,
muszą być wynalezione i wypracowane całkowicie
od początku (na szczęście ja jestem bardzo
dobry w takim powtórnym wynajdowaniu).
Dlatego też począwszy od słynnego 19-wiecznego
wynalazcy angielskiego, Dra John'a Milne,
który zbudował swój własny sejsmograf używany,
między innymi, w Nowej Zelandii, najróżniejsi
naukowcy ortodoksyjni spekulowali jak ów
"Zhang Heng seismograph" może działać.
Ponieważ patrzyli oni na owo urządzenie z
perspektywy ich własnej wiedzy, wyjaśniali
jego działanie na taki sam sposób jak działanie
dzisiejszych sejsmografów. Mianowicie, zgodnie
z nimi, urządzenie to wykorzystuje siły inercji
do wzniecania alarmu. Jedna z takich
wydedukowanych konstrukcji tego urządzenia,
pokazana została na rysunku dostępnym pod
adresem internetowym
international.tamu.edu.
W ich więc zrozumieniu, to cudowne urządzenie
działa niemal tak samo jak obecne sejsmografy.
Na podstawie tamtych spekulacji wykonali oni też
dzisiejsze repliki owego urządzenia. Jednak moje
własne badania nad ową repliką z Wellington,
a także analizowanie tego co wiem na temat
urządzenia Zhang Heng'a, wskazują jednoznacznie
że założenia które dzisiejsi naukowcy przyjmują
są całkowicie błędne. Wszakże starają się oni
opisać owo cudowne urządzenie jako prymitywną
wersję dzisiejszych sejsmografów działających
na zasadzie sił inercji. Tymczasem w rzeczywistości
urządzenie to wykorzystuje doskonałą wśród
starożytnych Chinczyków wiedzę na temat "chi",
lub - jak my dzisiaj je nazywamy - "fal telepatycznych".
Owo błędne wyjaśnienie inercyjne naukowców
ortodoksyjnych nie ujawnia pełnych możliwości
tego cudownego urządzenia, a na dodatek
wprowadza wiele konfuzji. Ponadto z powodu
swojej błędności, uniemożliwia ono zbudowanie
protypu który by zadziałał. (Wszystkie kopie
tego cudownego urządzenia które zbudowane
zostały przez dzisiejszych naukowców odmówiły
działania! Powodem było że dla nich wszystkich
naukowcy ci zakładali zupełnie błędną zasadę
działania opartą na siłach inercji zamiast "chi".)
Ja sam interesuję się tym urządzeniem od 1993
roku, czyli od czasów kiedy podczas swojej profesury
w Malezji usłyszałem o nim po raz pierwszy od
zaprzyjaźnionych Chińczyków. Niestety, nie zdołałem
wówczas ustalić gdzie jego oryginał się znajduje,
nie stać zaś mnie było aby polecieć do Chin i tam
go poszukiwać (dopiero niedawno dowiedziałem
się że jego oryginał został zniszczony). Jednak
skoro
Dr Pająk
nie mógł przybyć do sejsmografu,
sejsmograf przybył do Dra Pająka. W 2003 roku
całkiem niespodziewanie dla siebie znalazłem to
urządzenie w muzeum "Te Papa" odległym jedynie
o kilka kilometrów od mojego ówczesnego mieszkania.
Natychmiast też poddałem je analizom funkcjonalnym.
W wyniku swoich badań rozpracowałem odmienne
wyjaśnienie dla zasady działania dla "Zhang Heng
Seismograph". Wyjaśnienie to już opisałem parę
paragrafów wyżej, oraz streściłem je także w podpisie
pod ilustracją "Rys. 1". Jest ono całkowicie odmienne
od tych zaproponowanych przez innych naukowców.
Bierze ono bowiem pod uwagę działanie fal telepatycznych,
na którym oryginalne urządzenie Zhang Heng'a
bazowało. Jak bowiem się okazuje, starożytni
Chińczycy wiedzieli znacznie więcej od nas o
falach telepatycznych. Referowali oni do nich
wówczas jako do energii "chi". Ponadto cała ich
wiedza na temat tzw. "feng schui" to faktycznie
wiedza o następstwach oddziaływania na losy
ludzi określonych rodzajów fal telepatycznych.
Stąd moje wyjaśnienie dla działania tego urządzenia
ujawnia, że do wykrywania trzęsień ziemi zaprzegnięte
w nim zostały włąśnie fale telepatyczne (chi).
To zaś umożliwiało aby trzęsienia te wykryć
na długi czas zanim zdołają one do
nas dotrzeć i dokonać zniszczeń.
Zgodnie z moimi oszacowaniami, opisany tu
telepatyczny wykrywacz nadchodzących trzęsień ziemi
wyprzedza stan dzisiejszej nauki ortodoksyjnej
o co najmniej 100 lat. Jest tak ponieważ nauka
ortodoksyjna potrzebuje co najmniej 50 następnych
lat aby się nauczyć czym właściwie są fale telepatyczne,
potem potrzebuje następnych 30 lat aby się nauczyć,
że nadchodzące trzęsienia ziemi zawsze wysyłają
ostrzeżenie uprzedzające - które przyjmuje właśnie
postać wiązki potężnych fal telepatycznych
(odbieranych w wyprzedzeniem
m.in. przez zwierzęta), a potem
jeszcze co najmniej 20 lat aby zbudować pracujące
urządzenie telepatyczne jakie wykorzystywałoby
tą wiedzę dla ostrzegania ludzi o nadchodzącym
trzęsieniu ziemi. Stąd jeśli już ktoś będzie w Nowej
Zelandii, wówczas sugerowałbym wstąpić do muzeum
nazywanego
Te Papa
aby zobaczyć na własne oczy ten starożytny cud
techniki, jaki na Ziemi zapewne zostanie zbudowany
nie wcześniej niż za jakieś 100 lat. (Technicznie
mógłby on być zbudowany już obecnie. Niefortunnie,
dzisiejszy wrogi dla nowych idei klimat naukowy
czyni to niemożliwym.)
Przy okazji omawiania tego cudownego urządzenia
w podrozdziale N6.2 z tomu 11 monografii [1/4],
przytaczam tam także kilka istotnych powodów,
dlaczego urządzenie to NIE miało prawa działać
na zasadzie inercji - czyli działać tak jak je obecnie
wyjaśniają ortodoksyjni naukowcy, a faktycznie
musiało działać na zasadzie fal telepatycznych
(tj. "chi"). Oto najważniejsze z owych powodów:
1.
Kształt. Wyprodukowanie w starożytności
komory rezonansowej o kształcie parabolicznego
lustra wklęsłego, o zarysie identycznym do
dzisiejszych satelitarnych anten telewizyjnych
było bardzo kosztowne i trudne. Zhang Heng nie
ukształtowalby więc swego urządzenia w aż tak
trudny sposób, gdyby użyta zasada działanie
tego nie wymagała. Tymczasem tylko urządzenie
działające na "chi" wymaga ściśle parabolicznego
kształtu. Urządzenia zaś działające na zasadzie
sił inercji (tak jak nasze dzisiejsze sejsmografy)
mogą mieć obudowę o dowolnie prostym kształcie,
np. zwykłej skrzynki.
2.
Fontanna. Jeśli owo urządzenie działa na zasadzie
sił inercji, wówczas wcale nie musiało być budowane
jako fontanna. Wszakże woda jedynie psułaby jego
inercyjne działanie. Jednak woda jest absolutnie
konieczna dla wykorzystania fal telepatycznych (tj. "chi").
3.
Położenie głów smoczych w połowie wysokości fontanny.
Gdyby ten instrument działał na zasadzie sił inercji,
wówczas wyloty dla strumieni wody wcale nie powinny
być wbudowane w połowie wysokości komory antenowej.
Wszakże gdyby wyloty dla wody były tuż przy dnie
komory antenowej wówczas uzyskiwane byłoby wyższe
ciśnienie wylotu, a stąd fontanna taka działałaby znacznie
lepiej. Za to wyloty wody w połowie wysokości komory
antenowej są absolutnie konieczne dla wykorzystania
fal telepatycznych. Wszakże właśnie w połowie wysokości
znajduje się punkt ogniskowy w jakim fale te są skupiane.
4.
Chi. Starożytni Chinczycy znali doskonale własnosci
"chi" (tj. fal telepatycznych). Jednak niemal nie posiadali
żadnej wiedzy na temat mechnanicznych drgań gruntu
i na temat sił inercji.
5.
Symetria. Urządzenia pracujące na zasadzie
drgań inercyjnych działaję symetrycznie - jako że
wibracje są zawsze symetryczne. Doskonale widzimy
to na dzisiejszych sejsmografach, w których rysowana
linia zawsze wychyla się o niemal tą samą wartość w
obu kierunkach z punktu równowagi. Stąd gdyby
urządzenie Zhang Heng'a pracowało na zasadzie
inercji, wówczas dwie (a nie jedna) "perły" musiałyby
zawsze wypadać z pysków smoków po przeciwstawnych
stronach urządzenia. Z kolei fale telepatyczne (tj. "chi")
powodowałoby że tylko jedna "perła" wypadała z pyska
tylko jednego smoka. Starożytne opisy efektów działania
tego urządzenia wyjaśniają, że zawsze wypadała z niego
tylko jedna "perła".
6.
Alarm dźwiękowy. Omawiane urządzenie służyło
podnoszeniu alarmu dźwiękowego - to właśnie dlatego
używało ono żab jakie wydawały głosny dźwięk bicia
w dzwon. Gdyby jednak było to urządzenie inercyjne,
wówczas podnosiłoby ono hałas tylko kiedy trzesienie
ziemi już nim wstrząsnęło. Jednak alarm w takim
przypadku wcale nie byłby już potrzebny, bowiem
towarzyszyłby on doskonale dla każdego widocznym
oznakom trzęsienia ziemi, takim jak np. zawalanie
się budynków, przesuwanie się i upadanie mebli,
kołysanie się podłogi, itp. Jedyne więc uzasadnienie
dla użycia alarmu dźwiękowego jest, jeśli był on
podnoszony na jakis czas przed nadejściem
właściwego trzęsienia ziemi, czyli jeśli urządzenie
to działało na zasadzie fal telepatycznych (tj. "chi").
Zauważ że można zobaczyć powiększenie
każdej fotografii z niniejszej strony internetowej. W tym celu
wystarczy zwyczajnie kliknąć na tą fotografię. Ponadto
większość tzw. browser'ów które obecnie są w użyciu, włączając
w to populany "Internet Explorer", pozwala na
załadowanie każdej ilustracji
do swojego własnego komputera, gdzie można jej się do woli
przyglądać, gdzie daje się ją zredukować lub powiększyć,
a także gdzie ją można wydrukować za pomocą posiadanego
przez siebie software graficznego.
* * *
Rys. 1: Powyższe
zdjęcie pokazuje telepatyczny wykrywacz nadchodzących
trzęsień ziemi - tj. instument zdolny do odbierania fal
telepatycznych wysyłanych przez gotujące się trzęsienie
ziemi i do podniesienia alarmu zanim
trzęsienie to uderzy.
(Odnotuj, że znacznie bardziej
dokładny opis tego niezwykłego urządzenia zawarty jest
na odrębnych stronach internetowych
totalizm.pl lub
chi.maroc.to.)
Zajmnie to nie mniej niż jakieś 100 dalszych lat
zanim dzisiejsza nauka ortodoksyjna nauczy się
jak budować takie urządzenia. Szokująco jednak
urządzenie takie zostało już zbudowane w starożytnosci
przez chińskiego geniusza o nazwisku Zhang Heng.
Wykorzystuje ono starożytną wiedzę chińską o tzw.
chi (czyli o "falach telepatycznych") dla
wzniecania wczesnych alarmów ostrzegających
przed nadciągającym trzęsieniem ziemi. Owe "chi"
czyli "fale telepatyczne" które ono wykorzystuje w
swoim działaniu, można sobie wyobrażać jako
rodzaj dźwięku lub światła, który:
(1) propagowany jest w odmiennym świecie,
(2) rozchodzi się z nieskończenie dużą szybkością,
(3) każdy obiekt jest dla niego przeźroczysty, stąd
przenika on przez obiekty nawet tak ogromne jak
ziemia czy słońce, oraz (4) częściowo odbija się
on od praktycznie każdej powierzchni. Nowa Zelandia
otrzymała replikę tego cudownego urządzenia
od zarządu miasta Beijing (Pekin) w Chinach.
Owa replika jest jedną z pierwszych jakie
udostępnione zostały poza granicami Chin.
Obecnie może ona zostać oglądnięta w muzeum zwanym
Te Papa
z Wellington - stolicy Nowej Zelandii.
Powyższe zdjęcie ilustruje również zasadę
działania urządzenia Zhang Henga. Jak to
wyraźnie widać z tego zdjęcia, urządzenie Zhang
Heng'a przyjmuje postać metalowej fontanny,
w której woda wylewa się z pysków ośmiu smoków
wprost do otwartych ust ośmiu spiżowych żab
(ropuszek) czekających poniżej. Smoki są
przymocowane do komory antenowej w kształcie
zbliżonym do dzisiejszych anten satelitarnych
oraz wypełnionej wodą. Osiem wlotów do rur
które doprowadzają wyciekającą wodę,
umieszczonych jest w pobliżu centrum tej komory.
Z tych punktów wlotu, woda doprowadzana jest
do ośmiu dysz wylotowych tej fontanny, jakie
ukształtowane są ozdobnie na podobieństwo
pysków smoczych, oraz rozmieszczone w
równych odstępach naokoło obwodu komory
rezonansowej. Pionowe umiejscowienie i
konfiguracja owych wlotów, rur, oraz pysków
smoczych jest tak dobrane, że woda jaka
przez nie przepływa wykazuje to co nauka
hydromechaniki nazywa przepływem
laminarnym. Aby być w stanie dokładnie
dostroić konfigurację pysków smoczych oraz
intensywność przepływu laminarnego wody,
specjalny pionowy drążek sterowniczy umieszczony
jest w centrum komory rezonansowej. Ów
drążek połączony jest ze szczękami poszczególnych
smoków za pośrednictwem układów dźwigni.
Mechanizm owego drążka i dźwigni służy
doregulowaniu siły przepływającej wody do
poziomu wymaganego dla wyrzucenia danej
"perły" z pyska trzymającego ją smoka. Dlatego
mechanizm ten służy także do regulowaniu
mocy trzęsienia ziemi jaka jest wymagana
aby podnieść alarm. Pechowo jednak,
dzisiejsi ortodoksyjni naukowcy interpretują
ów drążek jako inercyjny mechanizm wyzwalający,
podobny do tego używanego w dzisiejszych
sejsmografach.
Aby wszcząć alarm poprzedzający trzęsienie
ziemi, w pysku każdego smoka umieszczona
jest ciężka metalowa "perła". Wielkość, ciężar,
oraz kształt tej perły jest tak dobrany, że w
normalnym przypadku laminarny przepływ
wody nie wyrzuca jej z pyska danego smoka.
Jednak tzw. "przepływ burzliwy" powoduje
wypadnięcie tej perły z pyska smoka i jej
wpadnięcie do otwartego pyska żaby siedzącej
poniżej owego smoka. Miedziana komora
antenowa posiada tak zaprojektowaną
krzywiznę swoich parabolicznych ścianek
bocznych, że ścianki te formują dla fal
telepatycznych rodzaj "lustra parabolicznego".
(Starożytni Chińczycy doskonale byli obznajomieni
z falami telepatycznymi, jakie oni nazywali "chi".)
Owo lustro paraboliczne odbija fale telepatyczne
i koncentruje je na wlotach do rur które
dostarczają wodę do pysków poszczególnych
smoków z przeciwstawnej strony komory.
W normalnych jednak okolicznościach,
owe fale telepatyczne mają zbyt małą energię,
a ponadto zbyt mała amplitudę oraz niewłaściwą
częstotliwość, aby zakłócić przepływ laminarny
wody przez usta któregokolwiek ze smoków.
Jeśli jednak nadciąga trzęsienie ziemi,
wówczas trzęsienie to wzbudza potężne
spiętrzenie fal telepatycznych ("chi"). Fale
te mają energię oraz częstotliwość do jakiej
komora antenowa została dostrojona. Amplituda
i energia owych fal skoncentrowana na
wlocie do rury która doprowadza wodę
do pyska określonego smoka jest wystarczająco
silna do zakłócenia "przepływu laminarnego"
wody, oraz do przemienienia tego przepływu
w tzw. przepływ burzliwy. Jak nauka
hydromechaniki nas uczy, przepływ burzliwy
formuje znacznie wyższe siły oporu i tarcia
niż przepływ laminarny. Stąd ów przepływ
burzliwy jest w stanie wyrzucić perłę z pyska
danego smoka. Perła wpada do pyska żaby
siedzącej poniżej. Z kolei owa żaba jest faktycznie
rodzajem głośnego spiżowego dzwonu. Stąd,
jeśli ciężka metalowa "perła" wpada do niego,
dzwon ten wydaje bardzo głośny sygnał alarmu
na zbliżające się trzęsienie ziemi. Stąd każdy
wie, że potężne trzęsienie ziemi nadchodzi,
każdy przygotowuje się więc na jego nadejście.
Ponieważ krzywizna komory antenowej
odbija fale telepatyczne jak wklęsle lustro z
powrotem w kierunku z którego one nadeszły,
pojedyncza perła która wypada z pyska
smoczego wskazuje także dokładny kierunek
z jakiego owo trzęsienie ziemi wkrótce nadejdzie.
Stąd urządzenie pokazane powyżej nie tylko że
informuje iż potężne trzęsienie ziemi właśnie
nadchodzi, ale także informuje z jakiego kierunku
ono wkrótce przybędzie (stąd także czy np.
jest ono w stanie wzbudzić fale tsunami,
obsuwiska ziemi, itp.).
Jeszcze bardziej precyzyjne opisy konstrukcji
i działania powyższego urządzenia znajdują
się w podrozdziale N6.1. z tomu 11 monografii
[1/4]. Z kolei informacje na temat fal telepatycznych
jakie dobrze jest poznać dla lepszego zrozumienia
działania tego urządzenia zawarte są w podrozdziale
H7.1 z tomu 4 monografii [1/4]. (Monografia [1/4]
dostępna jest nieodpłatnie za pośrednictwem
niniejszej strony internetowej.)
* * *
Opisany powyżej telepatyczny sejsmograf
wnosi możliwość uratowania od niechybnej
śmierci niezliczone liczby ludzi którzy żyją
na obszarach jakie w przyszłości dotknięte
zostaną gwałtownymi trzęsieniami ziemi.
Ponadto posiada on ogromny potencjał
komersyjny. Jeśli więc jego cena zdoła
zejść do poziomu dzisiejszych domowych
wykrywaczy dymu, niemal każda rodzina
będzie chciała go posiadać w swoim mieszkaniu.
Wszakże z wyprzedzeniem wystarczającym
dla skutecznej ucieczki, ostrzegał on ją będzie
przed ewentualnie nadchodzącym trzęsieniem
ziemi. Dlatego obecnie, kiedy jego prawdziwa
zasada działania jest już poznana, czas
abyśmy zakasali rękawy, przetłumaczyli tą
zasadę działania na dzisiejszy poziom
technologii, oraz podjęli seryjną produkcję
tysięcy takich urządzeń.
"Seismograf Zhang Henga" jest opisany w całym
szeregu źródeł. Niezależnie od powyższego opisu
omawia go również podrozdział N6.1 z tomu 11 monografii
[1/4],
jak również odrębna strona internetowa poświęcona
wyłącznie temu
sejsmografowi.
* * *
Ja osobiście wierzę, że na Ziemi ciągle
znajduje się cały szereg technicznych
cudów świata. Opisany powyżej "Zhang
Heng seismograph" jest tylko jednym z nich.
Przez cuda owe rozumiem już zbudowane
i sprawdzone w działaniu urządzenia
techniczne, jakich zasada działania znacząco
przekracza stan wiedzy, nauki i techniki
na Ziemi w czasach kiedy zostały one zbudowane.
Teoretycznie więc rzecz biorąc, ludzie powinni
być w stanie zbudować te urządzenia dopiero
w odległej przyszłości w stosunku do czasów
kiedy faktycznie się one pojawiły. Ich przedwczesne
pojawienie się na Ziemi jest więc dla nas
rodzajem znaku, na jaki powinniśmy zacząć
zwracać uwagę. Oto najważniejsze z owych
"technicznych cudów świata" o jakich istnieniu
do chwili obecnej zdołałem się już dowiedzieć:
#1.
Thesta-Distatica. Jest to
telekinetyczny generator darmowej energii.
Działający prototyp tego generatora znajduje się w
posiadaniu szwajcarskiej Komuny "Methernitha"
(po jego szersze opisy patrz podrozdział K2.3
z tomu 10 monografii [1/4]).
Wytwarza ona darmową energię elektryczną dosłownie
z niczego, poprzez pozyskiwanie, za pośrednictwem
zjawiska technicznej
telekinezy
(będącej odwrotnością dla zjawiska tarcia), energii
cieplnej zawartej w otoczeniu oraz zamienianie tej
energii w elektryczność.
#2.
Radio kryształkowe.
Jak to wyjaśniłem dokładnie w punktach #5
i #6.3 odrębnej strony internetowej o
ogniwach telekinetycznych,
ponad pół wieku temu na Ziemi produkowane
już były prymitywne prototypy
telekinetycznych generatorów darmowej energii.
Prototypy te nazywano "radiami kryształkowymi".
Działały one doskonale produkując darmową
elektryczność - tyle że w niewielkich ilościach.
Faktycznie to były one jedynymi urządzeniami
dotychczas produkowanymi masowo na Ziemi, które
nie wymagały żadnej baterii ani innego zasilania
w energię, a na przekór tego poprawnie wykonywały
swoją pracę. Czyniły to właśnie ponieważ zawierały
wbudowaną w siebie prymitywną wersję ogniwa
telekinetycznego opisywanego na odrębnej stronie o
ogniwach telekinetycznych.
Eksperci elektroniki wyjaśniają ów brak
potrzeby dla zewnętrznego zasilania w
energię w owych "radiach kryształkowych",
poprzez twierdzenie że jakoby owe radia
pobierały z anteny potrzebną im moc.
Jednak, ja nigdzie nie mogę znaleźć
opisów jakichkolwiek badań eksperymentalnych
które by raportowały o kimś kto faktycznie
pomierzył pobór mocy z anten owych
radioodbiorników, oraz wykazał że ów
pobór rzeczywiście pokrywa konsumpcję
energii jaka w nich ma miejsce.
Problem bowiem, na jaki staram się tutaj
zwrócić uwagę, polega na tym, że skoro
faktycznie nikt nigdy nie dokonał
eksperymentalnej weryfikacji iż radia
kryształkowe rzeczywiście pokrywają z
anteny swoje zapotrzebowanie na energię,
w praktyce mogą one równie dobrze działać
właśnie ponieważ ich obwody wyzwalały
zjawisko odwrotności tarcia które jest
podstawą działania ogniw telekinetycznych.
Tyle tylko, że eksperci elektroniki
po prostu nie zdają sobie sprawy
z tego ogromnie istotnego faktu.
Jest również dosyć znaczące, że poza
owymi "radiami kryształkowymi" nigdy
nie udało się zbudować jakichkolwiek
innych urządzeń elektronicznych które
by pokrywały swoje zużycie energii z
anteny.
Obecnie wystarczy jedynie aby owe stare prototypy
radioodbiorników kryształkowych odpowiednio
udoskonalić, a otrzyma się ogniwa telekinetyczne
pełnej wydajności i mocy. Do dzieła więc, bo
bez nich nasza cywilizacja pomału obumiera.
W punkcie #6 owej strony o
ogniwach telekinetycznych
zaproponowane zostało dokładnie, krok po kroku,
jak w najprostrzy oraz w najszybszy sposób
tak przetransformować "radio kryształkowe"
aby wypracować z jego obwodów konstrukcję
i działanie ogniwa telekinetycznego generującego
zatrzęsienie darmowej energii.
#3.
Mechanizm z Antikythera. Był to analogowy
komputer astronomiczny który umożliwiał wyznaczanie
położeń ciał niebieskich, daty zaciemnień, itp. Analizy
wskazują że przykładowo był on w stanie uwzględniać
niejednorodności w ruchu orbitalnym Księżyca z precyzją
większą niż wiele dzisiejszych programów komputerowych.
Komputer ten zbudowany był pomiędzy latami 100 a 150
BC, prawdopodobnie przez greckiego astronoma o nazwisku
Hipparchos z wyspy Rhodes. Miał on wymiary 33x16x10 cm.
Odkryto 30 kół zębatych z brązu z jakich się składał -
aczkolwiek uważa się w rzeczywistości posiadał ich co
najmniej o 7 więcej (część z nich zaginęła). W roku
1900 odkryto go we wreku starożytnego statku rzymskiego koło wyspy
Antikythera
(w połowie drogi pomiędzy Peloponnese a Crete). Na
początku listopada 2006 roku ukazał się na jego temat
artykuł w "Nature", który następnie był streszczony w
dwóch nowozelandzkich gazetach, mianowicie w artykule
"Ancient Greek computer yields its secrets" ze strony B3
nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z soboty (Saturday), December 2, 2006, a także
artykule "Ancient computer found on seabed" ze strony B4
nowozelandzkiej gazety
The New Zealand Herald,
wydanie datowane w piątek (Friday), December 1, 2006.
#4.
Wieczna lampka. Nieprzerwanie wytwarza ona
światło bez zużywania jakiejkowiek energii. Opisałem
ją w podrozdziale H6.1.3 monografii [1/4].
#5.
Arka Przymierza (ta z Biblii). Opisałem ją dokładniej
w podrozdziale S5 z tomu 14 monografii
[1/4].
Dostępne dane dokumentują że było to najważniejsze
urządzenie napędowe m.in. powodujące lewitowanie
dzisiejszych wehikułów UFO - to dlatego ową Arkę
nosili kiedyś tzw. "lewici". W dzisiejszych czasach
urządzenie to nazywane jest
komorą oscylacyjną.
#6.
Grzałka z Pakistanu. Miała ona kształt metalowej
amfory pustej w środku. Nieprzerwanie zagotowywała
ona wodę bez pobierania jakiejkolwiek energii. Została
zniszczona gdzieś w latach 1950-tych przez naukowca
angielskiego który ją rozciął aby zbadać co znajduje się
w jej środku (okazała się być pusta). Zasada działania
takich grzałek opisana została w podrozdziale H6.1.3
z tomu 5 monografii [1/4].
Na dodatek do powyższego, analizowałem i osobiście
gwarantuje jako technicznie poprawne dwa następne
przekazy telepatyczne, które zalecają nam zbudowanie
dalszych takich cudownych urządzeń. Przekazy te są
opisane w podrozdzialach N2 i N5.1.1 monografii [1/4],
a także w odrębnych traktatach [7/2] i [7B]. Ponadto
dokonywałem także badań dalszych dwóch starożytnych
odpowiedników takich cudownych urządzeń,
przykładowo tzw. "kamienia filozoficznego",
oraz "orba" (czyli "jabłka monarszego").
Wyniki tych badań opublikowałem w rozdziale
S monografii [1/4].
Więcej informacji na temat powyższych i innych
niezwykłości zawarte zostało na stronach o
telepatii oraz o
Seismografie Zhang Henga.
Rys. 2a. (Rysunek 11 z monografii [6/2].)
Jeden z moich własnych wytłumionych wynalazków. Fotografia ta pokazuje
mnie (Dra Jana Pająka) trzymającego w rękach nową maszynę elektrostatyczną
Wimshurst'a, którą zakupiłem z zamiarem użycia jej jako inicjującego podzespołu
do budowy efektywnego urządzenia darmowej energii nazywanego "telekinetyczna
influenzmaschine".
W 1989 roku skompletowalem relatywnie szerokie badania tzw. "urządzeń darmowej energii".
Urządzenia te wykorzystują odwrotność tarcia do generowania darmowej elektryczności.
W taki sam sposób jak tarcie spontanicznie zamienia ruch na ciepło,
również urządzenia darmowej energii spontanicznie zamieniają energię
cieplną zawartą w swoim otoczeniu na ruch elektronów w przewodniku.
Stąd ochładzają one swoje otoczenie, podczas gdy równocześnie generują
one elektryczność dosłownie za darmo - znaczy bez potrzeby zasilania ich
w jakiekolwiek paliwo lub w jakąkolwiek inną formę energii. Ja sam wynalazłem
moje własne urządzenie darmowej energii, które w tomie 10 monografii [1/4]
opisane jest pod nazwą "bateria telekinetyczna". Zasada użyta w działaniu
owej baterii telekinetycznej wyjaśniona została na moich stronach internetowych o
"darmowej energii"
dostępnych poprzez "Menu 2" i "Menu 4" z tej strony. Ponadto rozpracowałem
wówczas również zasadę działania całej odmiennej klasy urządzeń darmowej
energii, jakie noszą ogólną nazwę "telekinetycznych influenzmaschine" (dla
przykładu, słynna "Thesta-Distatica" ze Szwajcarii, która w chwili obecnej jest
najbardziej doskonała ze wszystkich urządzeń darmowej energii zbudowanych
na naszej planecie, należy właśnie do klasy telekinetycznych influenzmaschine).
Potem zdecydowałem się zbudować owe urządzenia. Niestety, zaraz po tym jak
ukończyłem wykonywanie ich szczegółowych konstrukcji i zakupiłem podzespoły,
przez ogromnie dziwny "zbieg okoliczności" moi przełożeni z Uniwersytetu Otago
w Dunedin, Nowa Zelandia, zdecydowali się wyrzucić mnie z pracy. Tamta strata
pracy wykładowcy uniwersyteckiego uczyniła zupełnie niemożliwym skompletowanie
któregokolwiek z urządzeń darmowej energii jakie wynalazłem. Wszakże, w tak
przykrej sytuacji, znalezienie następnej pracy oraz przeżycie stało się moim
najważniejszym zadaniem. Ironicznie, ci sami administratorzy nauki którzy ubliżali
moim badaniom i aktywnie powstrzymywali mnie przed zbudowaniem moich
urządzeń darmowej energii, już wkrótce mogą doświadczyć borykania się z
zaciemnieniami prądu i z brakami energii, jako ze Nowa Zelandia właśnie zbliża
się do kryzysu energetycznego.
Powyższa fotografia pokazuje mnie
kiedy trzymam w ręku fabrycznie nową maszynę elektrostatyczną Wimshursta,
która jest głównym podzespołem dla konstruowania telekinetycznych influenzmaschine.
Tuż zaś za moimi plecami, na wysokosci moich łopatek, zgrupowanie budynków
kampusu Uniwersytetu Otago w Dunedin jest widoczne. Kiedyś miałem nadzieję
że zbuduję tam telekinetyczną influenzmaschine - niestety zostałem usunięty z
pracy zanim zdołałem osiągnąć ten cel. Proszę odnotować, że
zasady działania i konstrukcja baterii telekinetycznych mojego wynalazku,
a także telekinetycznych influenzmaschine (znaczy jeszcze jednej klasy
urządzeń darmowej energii do której to klasy należy słynna Thesta Distatica ze
Szwajcarii), jest omówione szczegółowo na mojej odmiennej stronie internetowej
jaka, między innymi, może być oglądana pod nazwą
darmowa energia
z "Menu 2" i "Menu 3".
Nieco dalej na widnokręgu, powyższa fotografia
pokazuje charakterystyczny stożkowy kształt miejscowego "Saddle Hill". Zgodnie z
legendami Maoryskimi, we wnętrzu owego wzgórza mieści się duża jaskinia którą
zajmuje "legowisko Taniwha'ry" - tak jak ono zostało opisane w pobliżu końca niniejszej
strony internetowej. Ja osobiście znam uprowadzonego do UFO, który twierdzi że został
uprowadzony do wehikułu UFO jaki zawisał we wnętrzu ogromnej jaskini podobno mającej
istnieć w środku owego wzgórza.
Rys. 2b. Wynalazek i wynalazca zniszczeni przez własnych rodaków.
Powyższa fotografia pokazuje pomnik wystawiony Richard'owi Pearse
oraz jego samolotowi. Pomnik ten wzniesiony został niedaleko małego
miasteczka "Pleasant Point" z Wyspy Południowej Nowej Zelandii.
Oznacza on miejsce w którym samolot Pearse'a z sukcesem został
wypróbowany w locie.
Na przekór ze Richard Pearse
zbudował i oblatał swój samolot na około rok
przed Braćmi Wright, owo "przekleństwo wynalazców" uniemożliwiło mu aby reszta
świata dowiedziała się o jego wynalazku. Z kolei napięcie psychiczne
i najróżniejsze prześladowania jakich doświadczył on wówczas od swoich
rodaków, którzy nazywali go "pomylonym Pearse" (tj. "Mad Pearse"),
spowodowały że Pearse zmarł w domu wariatów.
* * *
Rys. 2c. Pierwszy samolot na świecie zbudowany został i oblatany w carskiej Rosji latem
1882 roku (tj. na 21 lat przed Braćmi Wright). Pokazany on jest na powyższej ilustracji
zreprodukowanej ze starej rosyjskiej encyklopedii. Na nieszczęście, "przekleństwo
wynalazców" spowodowało, że świat nigdy nie dowiedział się o tym samolocie, podczas
gdy jego plany i prototyp gromadziły kurz w przepastnych archiwach carskiej Rosji.
Więcej danych o samolocie Możajskiego można znaleźć albo na stronie
Aleksander Możajski
z "Menu 1", albo też
na zupełnie odrębnej witrynie poświęconej Możajskiemu, jaka to witryna ma adres
mozajski.freewebspace.com Ludzie zwykle nie są świadomi,
że zanim cały łańcuch korzystnych okoliczności
dopomógł aby świat dowiedział się o samolocie Braci Wright, samoloty były
wynajdowane, budowane i oblatywane przez trzech odmiennych wynalazców, którzy
nawzajem nie wiedzieli o swoim istnieniu. Owi wynalazcy to: Polak Aleksander F. Możajski
(z carskiej Rosji), Richard Pearse (z Nowej Zelandii), oraz Bracia Wright (z USA).
Rys. 2d. W 2004 roku, w najważniejszym muzeum Nowej Zelandii zwanym "Te Papa",
na 3-cim piętrze wystawiony był ten super-motocykl skonstruowany przez nowozelandzkiego
geniusza technicznego o nazwisku John Britten. Niestety, ów niezwykle dobrze
zapowiadający się wynalazca i konstruktor, niespodziewanie zmarł na raka w
1995 roku, w środku najbardziej twórczego okresu swego życia, w wieku około
45 lat.
Powinniśmy zadać sobie tutaj pytanie,
czy jego śmierć to czysty przypadek, czy też działanie owego "przekleństwa wynalazców"?
Jest mi bowiem wiadomo, że
UFOnauci
posiadają urządzenie do indukowania złośliwego raka u tych osób
na Ziemi, których chcą cichcem zgładzić. Urządzenie to demonstrowali bowiem
w działaniu uprowadzonemu jakiego osobiście badałem - po szczegóły patrz
podrozdział N5.2 w monografii [1/4]. Jest mi też wiadomo, że raka takiego
UFOnauci zaindukowali u kilku moich bliskich współpracowników - wykaz
zamordowanych w ten sposób ludzi jakich znałem zawarty jest w podrozdziale
A4 z monografii [1/4]. Wśród znajomych Johna Britten krążą też rumory,
że na krótko przed ujawnieniem się jego raka, John wynalazł efektywny
mechanizm bicia skrzydeł w budowanej przez siebie wersji "mięśniolotu".
Z kolei jest powszechną tajemnicą, że UFOnauci zdecydowanie starają się
zablokować na Ziemi rozwój wszelkich urządzeń latających, w tym mięśniolotów.
Czyżby więc UFOnauci uznali wynalazcę i budowniczego powyższego super-motocykla
za aż tak groźnego dla swoich okupacyjnych interesów na Ziemi, że go
sekretnie zgładzili?
* * *
Warto tutaj odnotować, że przykłady
wynalazków i wynalazców dotkniętych omawianym "przekleństwem wynalazców"
jakie wyszczególniłem na tej stronie, wcale nie wyczerpują ogromnego
oceanu podobnych przypadków. Dalsze takie przypadki omawiam na stronie
internetowej o "darmowej energii" oraz w podrozdziale A4 mojej monografii [1/4].
Przypadki jakie przedstawiłem tutaj są głównie nastawione na zilustrowanie:
(a) kategorii wynalazków jakie są zgniatane i prześladowane najbardziej
zaciekle, (b) rodzaju przeszkód jakie są wznoszone na drodze owych
wynalazków i wynalazców, oraz (c) sposobów na jakie wynalazcy są
karani przez ową
"mroczną moc"
której szatańska działalność kryje się za "przekleństwem wynalazców".
Jest łatwym do ustalenia,
że najbardziej surowo karani przez owo "przekleństwo wynalazców"
są ludzie którzy wynaleźli maszyny latające, jakiekolwiek rodzaje
silników, lub jakiekolwiek rodzaje urządzeń generujących energię.
To zaś wyraźnie demaskuje, że owa "mroczna moc" jaka kryje się
za tym przekleństwem, stara się zapobiec osiągnięciu przez ludzkość
zdolności do podróży międzygwiezdnych.
Prawdopodobnie niemal każdy słyszał
o "przekleństwie faraonów". Zdaje się ono dopadać rzeczowych badaczy którzy
starają się odkryć i potwierdzić tajemnicę kosmicznego pochodzenia ludzkości
poprzez badania piramid i starożytnego Egiptu. Niektórzy zapewne są świadomi,
że istnieje również "przekleństwo Jagiellonów" które prześladuje archeologów w Polsce.
Ma ono tendencję do zabijania każdego kto stara się rzeczowo badać średniowieczny
okres w historii Polski, tj. okres czasu kiedy czarownice i "diabły" ciągle operowały
w sposób jawny, a także okres kiedy z mocarstwa europejskiego Polska została
zepchnięta do roli nic nie znaczącego kraiku jaki później został poddany
rozbiorom przez swoich sąsiadów. Jednak niemal nikt nie jest świadomym,
że na naszej planecie działa również takie coś jak "przekleństwo wynalazców".
Owo przekleństwo powoduje, że każdy wynalazca, który stara się dołożyć
coś ogromnie ważnego do dorobku naszej cywilizacji, zostaje ukarany na
setki skrytych sposobów, a często w końcu nawet zamordowany. Jako przykład
rozważ los Rudolfa Diesel (1858 - 1913), który opracował słynny silnik
Diesel'a. Był on prześladowany przez owo "przekleństwo wynalazców" przez
okres całego swojego życia, aż w końcu zniknął za burtą (tj. najprawdopodobniej
został przez kogoś wyrzucony za burtę) podczas żeglugi przez Kanał Angielski.
Jeśli ktoś czyta życiorysy znanych wynalazców, okazuje się wówczas, że
żaden z nich nie został ochroniony przed następstwami owego przekleństwa. Praktycznie
też żaden wynalazca nie odnosi korzyści ze swojego wynalazku, bez względu
na to jak wartościowy wynalazek ten by nie był. Także wielu z nich umiera w samotności,
opuszczeni przez wszystkich, w ubóstwie i brudzie, czasami zaś ich ciała
muszą leżec wiele dni zanim zostają przez kogoś odkryte. Jeśli istnieją
jakieś odstępstwa od owej zasady, te zwykle zawdzięczane są rodzinom
wynalazców, które to rodziny roztaczają nad nimi opiekę, a także
zawdzięczane są innym źródłom dochodów niż te pochodzące z samych wynalazków.
Stąd na przekór że praktycznie wszystko co nasza cywilizacja kiedykolwiek
osiągnęła zawdzięczane jest twórczości wynalazców, kiedy przychodzi do
spłacenia ich wysiłków, wynalazcy są oszukiwani i karani za dodawanie
swojej kontrybucji do rozwoju ludzkości. Oczywiście Nowa Zelandia -
podobnie jak cała reszta świata, posiada własny udział wynalazców, którzy
byli, lub ciągle są, prześladowani przez owo "przekleństwo wynalazców".
Ja postaram się wyszczególnić tutaj niektórych z nich:
(a) Richard Pearse z
Pleasant Point. Był on jednym z trzech ludzi którzy wynaleźli i zbudowali samolot
zupełnie niezależnie od siebie. Stało się tak ponieważ owo "przekleństwo
wynalazców" zmusiło aby samolot był wynajdowany co najmniej 3 razy, zanim
świat zdołał się dowiedzieć, że może on wogóle być zbudowany. Pierwszym
wynalazcą samolotu był geniusz techniczny polskiego pochodzenia pracujący
w carskiej Rosji, o nazwisku Aleksander F. Możajski. Jego losy
opisane są dokładnie na stronie
Aleksander Możajski
dostępnej przez "Menu 1". Samolot Możajskiego był oblatany z sukcesem
latem 1882 roku (znaczy 21 lat przed samolotem Braci Wright). Na nieszczęście,
jego technicznie wyrafinowany samolot został efektywnie zgnieciony przez
"biurokratów"
Rosji carskiej. Rysunek 2c, zreprodukowany ze starej rosyjskiej encyklopedii,
ilustruje oficjalny pokaz lotu samolotu Możajskiego dla rządu carskiej
Rosji. Drugi wynalazca który zdołał zbudować i oblatać samolot był
Nowozelandczyk o nazwisku Richard Pearse (1877-1953). Jego samolot
dokonał pierwszego lotu w dniu 31 marca 1902 roku. Niestety, z powodu działania
owego "przekleństwa wynalazców", świat nigdy nie dowiedział się o budowie
i sukcesach tych dwóch pierwszych pionierow awiacji. Dopiero trzeci
lot zakończony sukcesem, jaki odbył się w dniu 17 grudnia 1903 roku,
tym razem na samolocie Braci Wright z USA, zdołał w końcu
przebić się przez hermetyczną blokadę jaką ta szatańska siła bez przerwy
nakłada na ludzkie strategiczne wynalazki. (Zauważ, że opisy tragicznego
losu Richard'a Pearse zawarte są w tomie 1 mojej monografii
[1/4]. Z kolei wszyscy troje wynalazcy samolotu opisani są w
podrozdziale O1 z tomu 12 monografii [1/4].)
W chwili obecnej pomnik wystawiony Richardowi Pearse oraz jego samolotowi
może być oglądnięty niedaleko od małego miasteczka zwanego Pleasant Point,
na Wyspie Południowej Nowej Zelandii (koło Timaru). Polecałbym oglądnięcie
tego pomnika, jako że otwiera on nasze oczy na gorzki fakt, że "coś nie jest
tak" z tymi wynalazkami i z losami wynalazców, a czego ludzie ciągle nie są
świadomi.
(b) Bruce Simpson z Tokoroa.
Wynalazł on i faktycznie zbudował efektywny, lekki, oraz prosty system napędowy,
który nazwał "cruise missile" czyli "pocisk cruise" (ja wierzę że użył tej
właśnie nazwy głównie z powodów propagandowych). Pechowo dla niego, "przekleństwo
wynalazców" spowodowało jego szybkie bankructwo. Stąd nie jest on w stanie
odnosić korzyści ze swojego wynalazku. Oczywiście, owa krzykliwa nazwa jaką
nadał swojemu systemowi napędowemu nie pomogła mu ani w produkcji ani w
sprzedaży jego atrakcyjnego napędu. Nie dopomogło mu też, że na przekór nazwania
swojego wynalazku "cruise missile", faktycznie to zbudował on prosty i lekki
system napędowy generalnego użytku, jaki mógł być używany np. w lekkich
samolotach, jako pędniki bezpieczeństwa w szybowcach, a także do napędu
łodzi w wodzie pełnej trawy lub błota. Tajemniczy los jego wynalazku
oraz wymowny sposób na jaki sztucznie spowodowano jego bankructwo, były
prezentowane w programie telewizyjnym "Sunday", nadawanym na kanale 1
TVNZ, w niedzielę (Sunday), 25 kwietnia (April) 2004, godziny 7:30 do
8:30 wieczorem.
(c) Bruce DePalma z Waiatarua
(West Auckland). Wynalazł on efektywny generator nazywany "N-Machine", jaki
wykorzystuje odwrotność tarcia (telekinezę) do generowania darmowej elektryczności.
Skrótowy opis jego generatora zawiera podrozdział K2.2 z monografii [1/4].
Najbardziej kłoptliwy problem jego generatora, jaki prześladował DePalmę
przez wiele lat i jaki uniemożliwiał przemysłowe wykorzystanie jego wynalazku,
jest że generuje on bardzo wysokie natężenie, jednak niskie napięcie prądu. Niemniej
po latach badań, Bruce DePalma podobno znalazł rozwiązanie do swojego problemu
napięcia. Pechowo jednak, zanim zdołał urzeczywistnić to rozwiązanie w swoim
generatorze, niespodziewanie zmarł w nowozelandzkim szpitalu w czwartek dnia
2 października 1997 roku, w wyniku masywnego krwawienia wewnętrznego. Z nim
prawdopodobnie umarło również jego rozwiązanie dla problemu napięciowego.
Filmy upowszechniane w ostatnich czasach ilustrują, że właśnie takie masywne
krwawienie wewnętrzne jakie zabiło DePalmę, niezależnie od najróżniejszych
naturalnych przyczyn może również zostać zaindukowane technicznie przez użycie
broni która emituje potężną wiązkę dźwięków ultrasonicznych. Niemniej jest
publicznym sekretem, że pokojowo nastawiona Nowa Zelandia nie posiada broni
ultrasonicznej. Możemy jednak sobie wyobrazić, że UFOnauci posiadają taką broń
i byliby w stanie sekretnie ją użyć w Nowej Zelandii - jeśli zechcą kogoś tam zamordować.
Możemy sobie także łatwo wydedukować, że jeśli UFOnauci eksploatują ludzkość i starają
się powstrzymywać istotne techniczne wynalazki na Ziemi, wówczas mieliby oni
pilny motyw aby zamordować Bruce De Palma w sposób sekretny natychmiast po tym
jak znalazł on rozwiązanie dla swojego problemu napięciowego. Wszakże DePalma
miał zarówno determinację jak i środki aby skierować swój wynalazek do masowej
produkcji natychmiast po tym jak stałby się on gotowy do użycia. Więcej na temat
śmierci tego wynalazcy zawarte jest w podrozdziale A4 z [1/4].
(d) John Britten z Christchurch.
Był on prawdziwym geniuszem technicznym. Najbardziej znany jest z budowy swoich
słynnych super-motocykli (patrz zdjęcie po lewej). Motocyklom tym na wyścigach
nikt nie mógł dorównać. Ja miałem honor poznać go osobiście. Negocjowaliśmy
bowiem wspólne podjęcie budowy komory oscylacyjnej i magnokraftu - niestety
realizacja tych planów najpierw została odłożona z powodu mojego opuszczenia
Nowej Zelandii w poszukiwaniu chleba, potem zaś ucięta śmiercią Johna. John
zmarł nagle na raka w wieku około 45 lat w szczytowym okresie swojej twórczej
działalności wynalazczej. Można i powinno się zadawać pytanie, czy jego śmierć
była przypadkiem, czy też premedytowanym wynikiem działania "przekleństwa
wynalazców"?
(e) Peter Daysh Davey z Christchurch.
Wynalazł on niezwykłą grzałkę telekinetyczną która zgodnie z opowiadaniami
miała wytwarzać wielokrotnie więcej ciepła niż zużywała elektryczności. Jednak
wynalazca ten tak był prześladowany przez nowozelandzkich biurokratów, że
jego grzałka nigdy nie otrzymała pozwoleń wymaganych aby wrożyć ją do
seryjnej produkcji fabrycznej. Więcej informacji na temat owej niezwykłej grzałki
oraz na temat szokujących prześladowań jej wynalazcy, opisane zostało w punkcie
#4 odrębnej strony internetowej o
telekinetycznych urządzeniach darmowej energii.
Oczywiście, ja uważam siebie samego
również za ofiarę tego "przekleństwa wynalazców". Ja sam wynalazłem wszakże
tak wiele urządzeń i bez przerwy staram się zbudować przynajmniej jedno z nich.
Jednak bez przerwy coś niespodziewanego mi się przydarza, co niszczy owoce
moich wysiłków. Ja osobiście wyjaśniam te kłopoty za pomocą teorii niewidzialnej
okupacji Ziemi przez szatańskie istoty pasożytnicze, jakie są ogromnie zaawansowane
technicznie aż do punktu iż mogą czynić siebie całkowicie niewidzialnymi dla
ludzkich oczu. Jednocześnie jednak osiągnęły one samo dno moralnego upadku,
stąd żyją wyłącznie z rabunku innych cywilizacji. Istoty te rozciągają swoją
niewidzialną kontrolę nad wszystkim co się dzieje na Ziemi. Ich szatańskie
machinacje obejmują, między innymi, prześladowanie wszelkich ludzkich wynalazków
i karanie wszystkich ludzkich wynalazców którzy dopomagają ludzkości podnieść
naszą technikę do poziomu przy którym będziemy w stanie odnotować ich pasożytnicze
działania na Ziemi. Bardziej dokładnie opisałem owe szatańskie istoty na
stronach internetowych
UFOnauci.w.interia.pl, oraz
UFOnauts.20m.com.
Jednak nawet jeśli ktoś nie podziela moich poglądów, ciągle poprzez zwykłe
ogarnięcie ogromnej liczby wynalazków jakie w niezwykły sposób są wytłumiane,
prześladowane, lub niszczone, ten ktoś musi przyznać, że "coś dziwnego jest
grane" oraz że ktoś lub coś w sposób zamierzony wytłumia istotne wynalazki
na Ziemi.
* * *
Odnotuj że owo "przekleństwo wynalazców"
jest omawiane z nawet większą liczbą szczegółów
na odrębnej stronie internetowej na temat
telekinetycznych ogniw.
Dlatego jeśli kogoś interesuje ów temat wówczas
być może powinien zaglądnąć na tamtą stronę.
#3. Miejsce eksplozji UFO koło Tapanui:
Prawdopodobnie każdy słyszał o słynnej
eksplozji Tunguskiej w Centralnej Syberii,
z 1908 roku. Otóż Nowa Zelandia doświadczyła podobnej eksplozji w 1178 roku. Tyle
że owa nowozelandzka eksplozja była wiele razy bardziej potężna niż owa rosyjska.
Ponadto nowozelandzka eksplozja pozostawiła po sobie ogromny krater oraz liczne
inne dowody materialne, jakie można sobie pooglądać nawet obecnie. Owa eksplozja
UFO z Nowej Zelandii miała miejsce koło małego miasteczka nazywanego Tapanui.
Do dzisiaj można tam znaleźć liczne jej pozostałości, a także dowody materialne
że faktycznie miała ona miejsce. Niektóre z nich można zobaczyć na stronie
internetowej oznaczonej w "Menu 2" jako
Tapanui.
* * *
Ponieważ skompletowałem sporo badań nad ową eksplozją UFO koło Tapanui,
sporządziłem dla niej odrębną stronę internetową wyłącznie poświęconą
dla jej opisania. Jeśli więc czytelnik zechce teraz dowiedzieć się więcej
na temat owej gigantycznej eksplozji UFO, powinien przenieść się na stronę
Tapanui
która opisze ją w większej liczbie szczegółów.
Rys. 3a. Widok krateru Tapanui ze znacznej odległości.
W tym miejscu w 1178 roku eksplodował stos około 7 wehikułów UFO
typu K6. Krater ten posiada około 1 kilometra średnicy. Odnotuj
ogromną sosnę rosnącą przy górnej krawędzi w pobliżu środka krateru.
Owa sosna jest także widoczna na poprzedniej fotografii tego krateru.
Kolejna sosna rośnie w środku krateru po jego lewej stronie. Odnotuj
też jak maleńkie są szopy w których właściciel tego krateru przechowuje
swoje narzędzia.
Rys. 3b. Widok krateru Tapanui z jego południowego
końca. Powyższa fotografia została wykonana w 1998 roku, wkrótce
po tym jak krater Tapanui przeszedł intensywne zabiegi kultywacyjne.
Pechowo, owe zabiegi zniszczyły wiele z originalnych
atrybutów tego miejsca eksplozji UFO (np. wyrównały zarysy
wewnętrznych kraterów jakie istniały we wnętrzu tego krateru).
Rys. 3c. Kiedykolwiek ekspedycja badawcza była organizowana
do krateru Tapanui, niespodziewanie w kraterze zaczynała panować
nieprzyjemna pogoda jaka czyniła owe badania niemożliwymi. Najczęściej
taka nieprzyjemna pogoda objawiała się silnym wiatrem, lokalną mgłą,
lub silnym opadem deszczu jakie zdumiewająco ograniczały się tylko
do samego krateru. Raz w kraterze odnotowane zostało
tornado.
Na powyższej fotografii udokumentowany został dziwny aczkolwiek
potężny wiatr, jaki podczas jednej z takich ekspedycji badawczych panował
jedynie w samym kraterze Tapanui oraz na jego krawędzi, jednak
zanikał zaledwie kilka metrów od krateru. Później odkryłem że
niewidzialne wehikuły UFO są w stanie kształtować pogodę na
swoje życzenie i to w każdym miejscu w jakim starają się na
coś wpływać ową pogodą.
Rys. 4a: Tzw. "krąg zbożowy". Znaleziony on był
w Ashburton, w lutym (February) 1992 roku. Owe kręgi zbożowe
to po prostu lądowiska UFO wykonane w zbożu. Formowane są
one przez wirujące pole magnetyczne używane przez UFO do
celów napędowych. Owo wirujące pole magnetyczne ugina w dół
źdźbła zboża podobnie jak uczyniłaby to ogromna wirująca miotła.
To zaś czyni owe lądowiska UFO tak zadziwiająco precyzyjne, że
ludzcy żartownisie nie są w stanie zduplikować ich doskonałości.
Po więcej wyjaśnień na temat napędu wehikułów UFO patrz strona
internetowa
propulsion.20m.com.
Rys. 4b: Okrągłe lądowisko wypalone w twardych
krzewach górskich przez ogromne UFO typu K8 - patrz ów okrąg
widoczny w centrum zdjęcia na około 2/3 jego wysokości. Średnica
pierścienia wypalonego w tych krzakach wynosiła 98 metrów -
co można docenić po rzuceniu okiem na wielkość samochodów
na szosie poniżej niego. Sfotografowałem je w Wanaka, Nowa
Zelandia, na zboczu góry lokalnie nazywanej "Coromandel Peak".
Pole magnetyczne jakie wypaliło owo okrągłe lądowisko było tak
potężne, że spopieliło ono na szary proszek twarde krzaki górskie
jakie porastają zbocze owej góry. Aby było jeszcze ciekawiej, ów
szary proszek jest palny i może zostać zapalony zwykłą zapałką.
Żartownisie nigdy nie byliby w stanie wykonać tego lądowiska dla
żartu, tak jak to twierdzi nowozelandzka telewizja. Dzisiejsi ludzie
po prostu nie znają sposobu aby zamienić twarde krzaki górskie
na palny szary proszek. Ponadto zbocze na jakim owo ogromne
lądowisko zostało wykonane, jest praktycznie niedostępne dla
żartownisiów. Zauważ że podobne pierścieniowate lądowiska UFO,
tyle że wypalane np. w trawie, daje się zobaczyć w sporej części
obszaru Nowej Zelandii. Więcej danych na ten temat zawartych
jest w podrozdziale O5.1 z monografii [1/4].
#4. Kręgi zbożowe i lądowiska UFO z Nowej Zelandii:
Nowa Zelandia jest doskonale znanym
krajem gdzie UFO grasuje zupełnie
swobodnie. Wystarczy wszakże przypomnieć
w tym miejscu słynny na całym świecie
film jaki uchwycił jarzący się wehikuł UFO
ponad miejscowoscią Kaikoura (jedna klatka
z owego filmu pokazana została w monografii
[1/4]
jako rysunek P23). Na przekór że
niezliczeni pseudo-naukowcy starali się
zdyskredytować ważność tego filmu, do
dzisiaj im się to nie udało. Faktycznie też jeśli
ktoś chce zobaczyć UFO, wówczas ma
najwiekszą szansę właśnie w Nowej Zelandii.
Od kiedy mieszkam w Nowej Zelandii,
widuję wehikuł UFO średnio co jakieś 6 lat.
Najważniejsze ze swoich własnych obserwacji
UFO opisałem w podrozdziale VB4.1
z monografii [1/4] dostępnej nieodpłatnie
za pośrednictwem niniejszej strony internetowej.
Oczywiście, kiedy wehikuły UFO nalatują
na Nową Zelandię, lądują one także na ziemi.
Dlatego, jeśli ktoś wie za czym się rozglądać,
może znaleźć takie lądowiska UFO niemal
przy każdym budynku rolniczym z Wyspy
Południowej Nowej Zelandii (na Wyspie Północnej
roślinność jest znacznie bardziej witalna,
lądowiska UFO nie rzucają więc się tam
już tak w oczy). Rysunek 4 pokazuje jak
owe lądowiska UFO wyglądają.
* * *
Lądowiska UFO są objaśnione w większej
liczbie szczegółów w podrozdziale O5.1 z
monografii [1/4]. Są tam także zilustrowane
ich liczne przykłady.
#5. Latające kule światła:
Kule te są ogromnie niezwykłym zjawiskiem.
Widoczne są one gołym okiem. Zwykle mają
wielkość piłki ping-pongowej, oraz wyglądają
jak okrągłe lampy fluorescencyjne które jarzą
się upiornym białym światłem jakby księżyca.
Pojawiają się jednak też raporty o kulach nieco
większych rozmiarów, jakie mają wielkość
typowej piłki. Kule te są w stanie przelatywać
przez szyby i obiekty stałe, bez uczynienia
szkody tym obiektom lub sobie. Raportowane
mi było, że wlatywały one do środka zamknietego
samochodu, a także do środka zamkniętego
namiotu. Jak dotychczas spotkałem się z
raportami jakie opisywały obserwacje owych
kul w kraterze Tapanui (tj. w tym opisanym
powyżej, w którym stos 7 wehikułów UFO
eksplodował w 1178 roku), oraz w Coromandel.
W kraterze Tapanui pojawiają się one nocami
relatywnie często. Właściciel tego krateru
widział je wiele razy. Także grupa badaczy
z "Unexplained Phenomena Research Society"
zarejestrowanego w Dunedin, która zdecydowała
się zaobozować w tym kraterze przez noc
aby je zobaczyć, faktycznie została "wypędzona"
z krateru przez owe kule w samym środku nocy,
ponieważ owe upiornie jarzące się obiekty zaczęły
ich terroryzować poprzez wlatywnie do ich namiotu.
* * *
Poniżej przytaczam cytat listu
datowanego 6.1.97 który otrzymałem od jednej z czytelniczek moich
publikacji. Zawiera on najlepszy opis owych jarzących się kul
światła jakie napotkałem w dotychczasowych badaniach. (Oto treść
tego cytatu w moim swobodnym tłumaczeniu z angielskiego:)
"Właśnie teraz sobie uświadomiłam
że niektórzy z moich przyjaciół opowiadali jakieś kilka lat temu, że
wybrali się do krateru Tapanui i obeszli go naokoło wzdłuż jego obrzeża,
(dla jakiego powodu? Nie byłam w stanie wydobyć od nich żadnego
wyjaśnienia o czym jest to wszystko - dopiero teraz zaczynam to
rozumieć!) Ja sądziłam że jest to jakiś zwariowany pomysł związany
z tą 'grypą Tapanui' która szerzy się tam naokoło, oraz zastanawiałam
się dlaczego u licha chcieli oni abym wybrała się tam z nimi! Pamiętam
jak opowiadali mi coś na temat świateł (Ty wspominasz że wykazują one
'inteligencję') zaś ja im powiedziałam że wcale nie muszą wybierać się
aż tak daleko aby znaleźć ten rodzaj zjawiska, chociaż te światła jakie
ja sama widziałam były definitywnie inteligentne, jednak wcale nie tak
małe jak piłki golfowe. Jeśli o mnie chodzi, to uważam że jest wystarczająco
wiele do zobaczenia tutaj na górze bez wybierania się na południe,
a także aby być szczególnie ostrożnym wobec 'Strażnika' przed którym moja
matka ostrzegała mnie kiedy jeszcze byłam nastolatką, plus inni ze
starszyzny aż do ostatnich czasów kiedy byłam wystarczająco do nich
blisko a także następnego dnia ówczesna Rangatira Wahine powtarzała
mi ostrzeżenie abym nigdy nie podążała za wabiącymi ogniami 'Strażnika'
ponieważ nigdy bym już nie wróciła, było to jakieś 5 - 6 lat temu.
Inne światła, złote jarzące się sfery wielkości około piłki do siatkówki
jakie rozsiewają jasne złotawe promieniowanie rozświetlając w środku
cały dom w którym wówczas się zatrzymałam były znacznie bardziej interesujące.
Ja słyszałam o nich wcześniej oraz że to był nasz gospodarz który je
widział, jednak każdy się z nim drażnił i twierdził że wypił on zbyt
wiele 'Waipiro' jako że był on dosyć rozsmakowany w swoim piwie.
Jednak one istnieją, tak jak je opisałam. Nie mogłam spać owej nocy
i odnotowałam jasność bijącą ze stołowego za drzwiami, wyglądnęłam
więc przez firanki aby zobaczyć urzekający widok. Nie byłam w stanie
dobudzić się swojej koleżanki, aby patrzyła wraz ze mną, dlatego sama
wstałam z łóżka i zakradłam się do framugi drzwi w stołowym, ukrywając
się w cieniu przejścia, oraz mając wspaniały widok na owe jarzące się
sfery - i to wszystko jest prawda! Bawiąc się w przeskakiwanie siebie
nawzajem jak żaby, oraz skacząc w dół wzgórza, poprzez bagno, aż do
wody zatoki i jakieś 10 stóp od ściany domu, wszystkie przez jakiś
czas podążały wzdłuż linii płotów, skacząc wzdłuż wierzchołka płotu
z jednej sztachety na drugą potem na słupek, potem ponownie w najbardziej
dzecinną zabawę jaką kiedykolwiek mógłbyś zobaczyć! Kontynuowały tak aż
minęły nasz budynek i trochę dalej, potem zaś wróciły ponownie, czasami
skacząc jedna na grzbiet drugiej. Pechowo tak byłam zaintrygowana że
stopniowo wychyliłam się zbyt mocno ze stołowego i mnie w końcu zobaczyły
- natychmiast (a było ich co najmniej dwa tuziny) wszystkie ich światła
wygasły równocześnie, nawet tych jakie były dosyć daleko, było to urzekające
- jakbym to ja właśnie wyłączyła przycisk światła! Nagłość tego wygaszenia
była dosyć szokująca, niemal teatralna! Gdybyśmy znajdowali się w zabudowanej
przestrzeni wówczas bym posądzała że ktoś, w jakiś sposób wyprawia na nas
sztuczkę, jednak nie znajdowaliśmy się w widoku żadnego innego zabudowania
za wyjątkiem tych po drugiej stronie zatoki, jako że Haurakei Gulf
rozciągał się przed frontem naszego budynku, z prawej strony było strome,
porosłe rodzimą puszczą wzgórze, jakieś sto metrów z tyłu znajdowały
się bezludne wzgórza 200 - 300 stóp wysokie pokryte dziewiczą puszczą
jaka zaczynała się natychmiast za drogą która wspinała się wzwyż do
przełęczy, podczas gdy pozostała strona zajmowana była przez wybrzeże
zatoki morskiej. Dla mnie owo miejsce było najbardziej dezorientującym
w jakim przebywałam w całym swoim życiu, słońce nie wznosiło się
tam gdzie by się go spodziewało, zaś zachodziło w miejscu jakiego
nie dało się zrozumieć? Zmuszona byłam odwoływać się do mapy drogowej
aby zrozumieć dokładnie gdzie się znajduję, a przecież wcale nie
jestem nienawykła do lasu, jednak tutaj?! Aby jednak kontynuować
opowiadanie o owych światłach, to ciągle patrząc przez boczne okno
na drugą stronę bagna i w kierunku wzgórza po prawej stronie,
zostałam zaszokowana zobaczeniem zimnego, białego, nie jarzącego
się swiatła jakby lampy 'Strażnika' który się pojawił, jakie świeciło
przez około 2 - 3 sekundy, potem się wyłączało, zaś po krótkiej chwili
pojawiało się ponownie, wabiąc mnie abym podążyła za nim i go znalazła.
Wyglądało ono tak blisko, że nawet sprawdziłam teren i zaplanowałam swoją
drogę aż do jakiejś jednej trzeciej wysokości wzgórza, jednak wiedząc
doskonale że gdybym podeszła do niego bliżej wówczas by się odsunął
dalej aż, jak wszystkie przypadki o jakich słyszałam nam to potwierdzają,
osoba która go ściga całkowicie się zgubi. Istnieją legendy o tych co go
ścigali, itp."
Odnotuj że powyższy cytat
potwierdza iż owe kule światła wykazują inteligencję a nawet lubią się "zabawiać".
Potwierdza on także że są one doskonale znane przez lokalny folklor
nowozelandzki.
Rys. 5: Tajemnicze kule kamienne jakie powtarzalnie pojawiają
się na powierzchni pastwisk Nowej Zelandii. Są one niemal dokładnie
okrągłe. Ujawniają regularną siatkę pod powierzchnią, jaka sugeruje
że są one wytwarzane w przemysłowy sposób. Okoliczności w jakich
lokalni farmerzy je znajdują sugerują, że kule te "spadają z nieba".
Jak narazie nie spotkałem się jednak z raportem kogoś kto faktycznie
zaobserwowałby moment ich upadku z nieba. Powyższe dwie kule należą
do grupy około ich tuzina, jakie znalezione zostały około 1983 roku
na jednym z pastwisk w okolicach Invercargill. Jednak w zbliżonym
czasie byłem też kontaktowany przez kogoś z wybrzeża zachodniego
Nowej Zelandii (tzw. "West Coast"), kto znalazł ich kilka na swoim
ogrodzie.
#5.1. Podobne kule światła widziane są też w innych krajach:
Obserwacje owych dziwnych
latających kul światła nie są ograniczone wyłącznie do Nowej
Zelandii. Podobna pojedyńcza kula zimnego światła jest widywana
na stokach Babiej Góry w Polsce. Istnieje tam nawet lokalna
legenda stwierdzająca że owa kula światła pilnuje skarbu
zbójeckiego ukrytego na zboczach owej góry. Z tego powodu
owa polska kula światła nazywana jest "Strażnik". Polskie
legendy stwierdzają na jego temat, że osoba która stara
się odnaleźć ów skarb zbójecki, będzie przez tego strażnika
zwodzona tak długo, aż zagubi się na śmierć. Więcej na temat
owej polskiej kuli światła zawarte jest w moim traktacie
[4b].
Co mnie w tym wszystkim najbardziej intryguje, to że folklor maoryski
z Nowej Zelandii nie tylko nazywa ową kulę światła tą samą nazwą
"Strażnika" co folklor z Polski, ale również opisuje w taki sam
sposób jej zwyczaj powodowania śmiertelnego zagubiania się ludzi.
Podobne jarzące się
kule są widywane jak wzlatują one z wód rzeki Mekong, na granicy
Tailandii i Laosu. Lokalnie są one tam znane pod nazwą
Naga Fireballs. Najwięcej ich daje się zobaczyć
koło świątyni buddyjskiej w Phon Phisai, około 40 kilometrów
od północnego miasta tailandzkiego "Nong Khai". Owe kule światła
zdają się tam pojawiać ogromnie regularnie w październiku każdego
roku nocą przy pełni księżyca. Ich krótki opis zawarty jest w
artykule gazetowym o tytule "Goodness gracious, great balls of fire"
opublikowanym na stronie C10 z wydania datowanego 7 December 2003
nowozelandzkiej gazety
Sunday Star - Times.
* * *
Istnieje wiele spekulacji na
temat czym właściwie są owe upiornie
jarzące się kule. Dominująca opinia jest, że posiadają one charakter
duchowy i reprezentują duchy tych co umarli w wyniku eksplozji Tapanui
(opisywanej powyżej). Jednak ja osobiście jestem raczej przekonany,
że owe jarzące się kule to sterowane komputerowo miniaturowe
UFO-sondy, jakie latają bardzo wolno w telekinetycznej konwencji działania.
Dzisiejsza UFOlogia nazywa owe UFO-sondy z użyciem niefortunnej
nazwy rods - co oznacza "pałeczki" (taka dziwna nazwa została
im przyporządkowana, ponieważ kiedy są one fotografowane podczas
szybkiego lotu, wówczas na zdjęciach wyglądają jak wydłużone,
upiornie jarzące się pałeczki). Więcej informacji na temat owych
"rods" (tj. bezzałogowych, miniaturowych sond UFO) można znaleźć
na stronie internetowej
telekinesis.50megs.com
a także w podrozdziale U3.1.2 monografii [1/4].
Rys. 6. Tak oto wygladaja stare klody szlachetnych drzew zwanych
totara, jakie powykorzeniane byly w 1178 roku przez podmuch eksplozji
Tapanui. Na przekor powierzchni faktycznie wygladajacej na ich wiek, w
srodku maja one twarde i zdrowe szlachetne drewno czerwonego koloru. Jakosc
tego szlachetnego drewna jest jeszcze wyzsza niz drewno debowe z Europy.
Miejscowi przedsiebiorczy rzemielsnicy uzywaja to szlachetne drewno do
wytaczania najrozniejszych pamiatek wysoce cenionych przez turystow z
powodu ich piekna. Aby pokazac jak owo zdrowe czerwone drewno wyglada,
usunalem fragment powierzchni z przedniej czesci powyzszej klody. Zauwaz,
ze poza owa kloda widoczny jest fragment okreznej krawedzi nieco odstajacej
z poziomu pastwiska. Wglebienie jakie owa krawedz otacza, to wlasnie krater
Tapanui. Powyzsza stara kloda drzewa totara zwykla lezec jedynie okolo
400 metrow od krawedzi tego krateru.
#6. Drzewa jakie pamiętają czasy Jezusa:
W 1178 roku potezna eksplozja kolo Tapanui wykorzenila drzewa,
z jakich niektore juz wowczas liczyly ponad 1000 lat. Drzewa te
w przewazajacej czesci byly slynnymi w Nowej Zelandii szlachetnymi
drzewami totara, jakie rozna bardzo wolno. Faktycznie to
drzewo totara o okolo 1 metra srednicy przed eksplozja Tapanui
musialo rosnac ponad 1000 lat. Niektore z tych drzew wywroconych
w 1178 roku przekraczaly 2 metry srednicy. To zas oznacza, ze
byly one juz spore kiedy Jezus przebywal na Ziemi. Po ponad
850 latach lezenia martwymi, drewno z tych drzew (obecnie wiec
majace ponad 2000 lat) jest ciagle tak twarde, ze lokalni
przedsiebiorczy rzemielsnicy uzywaja je dla wytaczania i rzezbienia.
Zwykle wykonuja z nich najrozniejsze pamiatki dla turystow.
Stad jesli ktos ma wystarczajaco szczescia aby natrafic na
takiego przedsiebiorczego rzemielsnika, wowczas za kilka dolarow
moze kupic sobie pamiatke wykonana z drewna jakie pamieta czasy
Jezusa. Jednak nawet jesli ktos nie kupi sobie takiej pamiatki,
ciagle powinien przygladnac sie dobrze owym starym drzewom
totara z nowozelandzkiego krajobrazu, poniewaz zamrozone w
nich jest wiele historii i zaskakujacych zdarzen - po szczegoly
patrz strona oznaczona w menu
Tapanui.
#7. Gigantyczne mutacje stworzeń zamieszkujących Nową Zelandię:
Podczas eksplozji Tapanui cala powierzchnia Nowej Zelandii zostala skazona
telekinetycznie. Owe telekinetyczne skazenie zawarte jest w glebie Nowej
Zelandii do dzisiaj. Ma ono ta niezwykla zdolnosc, ze wyzwala gigantyczne
mutacje organizmow zywych. Dlatego najrozniejsze organizmy jakie zamieszkuja
Nowa Zelandie od czasu do czasu mutuja do gigantycznych rozmiarow. Stad
kiedy ktos przebywa w Nowej Zelandii, moze sie tam spotkac z takimi ogromnymi
mutacjami. Najslynniejsze i naczesciej spotykane z nich sa liczne mutacje
super-ptaka Moa. Jedna z jego mutacji wyrastala do rozmiaru zyrafy. (Moa
normalnego rozmiaru sa wielkosci indyka.) Ptaki te moga byc ogladane w
praktycznie kazdym muzeum z terenu Nowej Zelandii. Mutacje innych organizmow
moga byc ogladane glownie w gazetach, jako ze muzea nie sa zainteresowane
w ich eksponowaniu. Przykladem takich mutantow pokazywanych glownie w
gazetach, moze byc gigantyczny rak pokazany na rysunku 7a, czy gigantyczne
grzyby "purchawki" ("puff-balls") jakich kolorowa fotografia jest
pokazana na rysunku 7b. (Opis owych "purchawek" publikowany byl w
artykule "Sprouting puff-balls" z nowozelandzkiej gazety z Dunedin
o nazwie
Otago Daily Times
wydanie datowane w czwartek (Thursday), 26 marca 1998 roku, strona 11,
sekcja "Regional News". Artykul ten ciagle jest dostepny "on line"
na stronie internetowej owej gazety.) Pamietam tez ze wkrotce po moim przybyciu do Nowej Zelandii
w 1982 roku, jakas gazeta (bodajze byla to "The Press" z Christchurch)
opublikowala fotografie jadalnego grzyba wielkosci doroslego czlowieka.
Ow rodzaj grzybow rosnie rowniez w Polsce, gdzie nazywany jest "prawdziwek".
Znam go doskonale bowiem jako maly chlopiec zbieralem go bardzo czesto.
Maksymalny rozmiar jaki osiaga on w Polsce wynosi okolo 30 cm wzrostu.
Stad ow nowozelandzki gigant byl okolo 6 razy wiekszy niz normalnie.
Mechanizm jaki powoduje owe gigantyczne mutacje organizmow
zywych opisany jest dosyc dokladnie w podrozdziale JE9.3 z monografii
[1/4].
* * *
W mojej prywatnej opinii, temat gigantycznych mutacji z Nowej Zelandii,
zamiast bycia wyciszanym, powinien byc pilnie badany. Jest tak poniewaz
wlasnie obecnie nasza planeta przechodzi przez goraczke inzynierii
genetycznej ("genetic engineering" lub "GE"). Chodzi bowiem o to,
ze gigantyczne mutacje z Nowej Zelandii moga ukrywac wskazowki co nas
czeka w przyszlosci jesli pozwolimy aby GE dziko rozprzestrzeniala sie
po naszej planecie jak nieposkromiony pozar.
Rys. 7a: Gigantyczny mutant raka lokalnie
nazywanego "packhorse crayfish". Wazy on 6.3 kilograma i mierzy 1.34
metra dlugosci (normalnych wymiarow rak tego gatunku jest okolo 10
razy mniejszy). Zostal on zlapany przez Mr Brian Hoult z Hikurangi,
kolo Three Mile Reef w morze od Bream Bay, na polnoc od Whangarei
krotko przed 27 wrzesnia (September) 2003 roku. Opisy tego raka,
ilustrowane powyzsza fotografia, najpierw opublikowane byly w gazecie
The Northern Advocate (P.O. Box 210, Whangarei, New Zealand)
ktory posiada prawa copyright na powyzsze zdjecie. Ja zas znalazlem
je w artykule "Monster crayfish could be 100" jaki pojawil sie w
innej nowozelandzkiej gazecie
The Dominion Post,
wydanie z soboty, 27 wrzesnia (Saturday, September 27), 2003 roku,
strona A9. Powyzszy gigantyczny rak jest tylko pojedynczym przykladem
z ogromnej liczby gigantycznych mutacji jakie bez przerwy pojawiaja
sie w Nowej Zelandii z powodu telekinetycznego skazenia terenu
spowodowanego eksplozja Tapanui z 1178 roku. Poniewaz sprawa
inzynierii genetycznej - Genetic Engineering (GE) staje sie tak
palaca ostatnio, w mojej opinii owa sprawa gigantycznych mutacji
nowozelandzkich powinna byc pilnie badana.
Rys. 7b: Fotografia gigantycznych grzybow
popularnie nazywanych "purchawkami". Byla ona opublikowana w doskonalej
gazecie nowozelandzkiej z Dunedin o nazwie
Otago Daily Times
wydanie datowane w czwartek (Thursday), 26 marca (March) 1998 roku,
strona 11, sekcja "Regional News". Gazeta
Otago Daily Times
jest wlascicielem praw copyright do powyzszego zdjecia.
Odnotuj ze owa gazeta posiada doskonale utrzymywana strone internetowa
jaka udostepnia wszystkie jej dawne artykuly poczawszy od 1 lipca
(July) 1997 roku. Powyzszy artykul, ale bez zdjecia, jest wiec
dostepny "on line" na owej stronie internetowej.
Rys. 8a: Gigantyczna matwa (po angielsku "squid")
zlapana w nowozelandzkich wodach. Powyzsza fotografia pochodzi z artykulu
"Tales of cannibalism from the deep sea" (tj. "Wiesci o kanabilizmie
z glebin morskich"), jaki pojawil sie na stronie A15 nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie ze srody, 8 pazdziernika (October) 2003 roku. Owa gazeta
The Dominion Post
jest tez wlascicielem copyrights do powyzszego zdjecia. Pokazana tutaj mątwa
jest okolo 10 metrów długa, zaś jej ostre szpony w przeciągu sekund potrafią
rozedrzeć na strzępy ciało człowieka.
Rys. 8b: Gigantyczny pstrąg tęczowy z Nowej Zelandii.
(Copyright The Press, Christchurch, New Zealand.) Był on 1.02 metra
długi, ważyl 17.5 kg, oraz nieoficjalnie został uznany za światowy
rekord. Został on złapany w Kanale Tekapo, przez Pana Tony Washington,
z Geraldine, New Zealand. Powyższa fotografia pochodzi z artykułu
"Fisherman angling for a world record" ("Rybak złapał światowy rekord")
pochodzący ze strony A4 nowozalandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z wtorku, 18 November 2003. Jednak ów artykuł bazował
na podobnym artykule o tytule "Record Fish hooked on a reel-in"
("Rekordowa ryba złapana na wędkę") jaki pojawił się na pierwszej
stronie z wydania datowanego November 18, 2003 gazety z Christchurch
nazywającej się
The Press,
której reporter wykonał powyższą fotografię. Stąd owa
The Press
posiada też prawa copyright do powyższego zdjęcia. Omawiane
artykuły stwierdzają, że poprzedni rekord światowy dla pstrąga
tęczowego wynosił 17 kg, oraz że był on złapany w dokładnie
tych samych wodach co powyższy. Z kolei na stronie A8 wydania
gazety nowozelandzkiej
The Dominion Post,
datowanego we wtorek, 2 grudnia 2003 roku, fotografia gigantycznego
brązowego pstrąga (brown trout) jest publikowana pod tytułem
"Tukituki titan". Dane na temat jego wagi lub wymiarów nie zostały
tam podane. Jednak szacując z porównania go do osoby która go
trzyma, jest on co najmniej wielkosci pstrąga pokazanego na
powyższej fotografii, jeśli nie nawet większy. Kolorowa fotografia
i dane jeszcze innego ogromnego pstrąga tęczowego,
opublikowane zostały w artykule "Farmed trout" z nowozelandzkiej
gazety
The Dominion Post,
wydanie z wtorku, dnia 27 grudnia (Tuesday, December 27), 2005 roku,
strona A2. Pokazany tam pstrąg miał 12 kilogramów wagi, zaś jego
całkowita długość wynosiła około 82 cm.
Aby uświadomić sobie
jak gigantycznych rozmiarów jest ów pstrąg pokazany na powyższym
"Rys. 8b", wystarczy wspomnieć że w 2003 roku najmniejsza długość
pstrąga ciągle dozwolona do łapania przepisami "Fish and Game
New Zealand" wynosiła 30 cm (co nadaje takiemu pstrągowi wagę
mniejszą niż 0.5 kg). To zaś oznacza, że powyzszy gigant był ponad
3 razy dłuższy od takiego minimalnego dorosłego pstrąga, oraz
ponad 35 razy cięższy od niego. Odnotuj że owa minimalna długość
ryb jest zawsze tak definiowana przez naukowców i prawników, aby
opisywała ona typowego dojrzałego dorosłego osobnika, jaki miał
już możliwość wytarcia się i wyprodukowania następnej generacji.
Gdyby więc powyższe różnice wielkości i wagi pstrągów odnieść do
ludzi, oznaczałoby to znalezienie w Nowej Zelandii ludzkiego giganta,
który jest ponad 3 razy wyższy od typowego dorosłego człowieka
(czyli ma wzrost około 5 metrów), oraz czyja waga przekracza
około 35 razy wagę typowego dorosłego człowieka (czyli wynosi
ponad 2.8 tony). Aby było dziwniej, zgodnie z legendami koło
Timaru w Nowej Zelandii zwykł istnieć szczep tego typu ludzkich
olbrzymów. Był on nazywany "Te Kahui Tipua".
W tym miejscu warto
dodać, że angielskojęzyczne wyrażenie "catch 30 pounder"
(tj. "złapać 30-to funtowca") jakie bezpośrednio referuje do
złapania pstrąga o wadze 30 funtów, lub więcej, w rzekach Szkocji,
w dawnym języku angielskim stanowiło symbol niemożliwości.
Jedynie ostatnio zostało ono zastąpione powiedzeniem
"pigs could fly" (tj. "świnie mogłyby latać") które jest najnowszym
symbolem niemożliwosci.
Tzw. "sceptycy" skonfrontowani
ze zdjęciem powyższego pstrąga prawdopodobnie zignorują
wyjaśnienie, że to telekinetyczne skażenie naturalnego środowiska
Nowej Zelandii, tj. produkt uboczny eksplozji Tapanui, spowodowało
wzrost takich gigantycznych organizmów. Prawdopodobnie
by też argumentowali, że ryby rosną podczas całego życia.
Jeśli więc da im się wystarczająco dużo czasu i wystarczająco
dużo pokarmu, wówczas mogą osiągnąć dowolny rozmiar.
Aczkolwiek musimy zgodzić się z takimi argumentami w
odniesieniu do niektórych ryb, nie mogą one być ekstrapolowane
do innych gigantycznych stworzeń Nowej Zelandii. Dla przykładu,
nikt nie może argumentować, że jeśli weźmie się młodego
indyka, da mu pod dostatkiem jedzenia i pozwoli mu się rosnąć
dowolnie długo, wówczas osiągnie on wielkość nowozelandzkiego
super-ptaka Moa. (Oryginalna wielkość tzw. "bush Moa"
z jakiej wszelkie olbrzymie Moa potem się wymutowały,
była właśnie wielkości indyka.) Z kolei istnieje na tyle wiele
odmiennych gatunków stworzeń wyrastających w Nowej
Zelandii do gigantycznych rozmiarów, że musi w tym
kryć się "coś wiecej" niż zwykły przypadek. Moja teoria
o telekinetycznym skażeniu Nowej Zelandii, jakie po raz
ostatni na masywną skalę miało miejsce w 1178 roku
podczas eksplozji UFO koło Tapanui, jak dotychczas
jest jedyną teorią naukową która wyjaśnia czym właściwie
jest owo "coś więcej". Ponadto owa teoria posiada
potwierdzenie w najróżniejszym empirycznym materiale
dowodowym, dla przykładu w ponad 12 razy wyższym
i szybszym wzroście roślin na byłych lądowiskach
telekinetycznych UFO.
#8. Ludzkie giganty:
Nowozelandzka gazeta o nazwie
Timaru Herald,
w swoim wydaniu datowanym 24 lutego 1875 roku, strona 3, pisze co natepuje, cytuje:
"Odkrycie resztek ludzkich. Bardzo duzy szkielet zostal znaleziony wczoraj jakies 7 stop pod powierzchnia piasku na polwyspie rzeczki Saltwater Creek. Pan Bullock, woznica, podczas gromadzenia piasku dla potrzeb budowlanych, wpadl na ten relikt przeszlych wiekow i przywiozl fragmenty do miasteczka. Mielismy mozliwosc ich przegladniecia, i zostalismy uderzeni przez ich symetrie nie mniej niz przez ich ogromne rozmiary. Wygladaja jak nalezace do osoby gigantycznych rozmiarow; jednak jak narazie sa niekompletne co czyni trudnym wyznaczenie wymiarow jego ciala. Kosci szkieletu sa bardzo rozlozone, fakt jaki rozpatrywany w powiazaniu z suchoscia miejsca w jakim zostal znaleziony, prawdopodobnie sugeruje jego znaczny wiek. Powinnismy miec wiecej do powiedzenia na temat tego interesujacego odkrycia w naszym nastepnym wydaniu." (W oryginale angielskojęzycznym: "Discovery of Human Remains. A very large skeleton was found yesterday, about 7 feet below the surface of the sand on the Saltwater Creek spit. Mr Bullock, the carter, in removing some sand for building purposes, dropped across this relic of a past age and brought the fragments to town. We have had an opportunity of inspecting them, and were struck by their symmetry no less than their great size. They appear to have belonged to a man of gigantic statue; but are so far incomplete as to render it difficult to ascertain the dimensions of his frame. The bones are much decayed, a fact which taken in connection with the dryness of the situation where they were found, probably indicates for them a great antiquity. We shell have some more to say about this interesting discovery in our next issue.")
Ja badalem sprawe owego ludzkiego giganta kiedy
w latach 1999 do 2001 zatrudniony bylem w Timaru. Wyniki tamtych swoich badan
opublikowalem w rozdziale B traktatu [7/2]. Zgodnie z tamtejsza miejscowa
tradycja slowna, szkielet tego giganta byl szacowany jako nalezacy do osoby okolo
8 metrow wysokiej. Mial on tak ogromna czaszke, ze normalna ludzka czaszka calkowicie
sie miescila w jego ustach. Nalezal on do tajemniczego szczepu miejscowych gigantow,
jaki przez Maorysow nazywany byl Te Kahui Tipua. Szczep ten zamieszkiwal
okolice Timaru az do okolo 18 wieku. Liczne szkielety owych gigantow z Timaru zostaly
odkryte, jednak wkrotce potem znikaly one w tajemniczych okolicznosciach. Najbardziej
ostatnie odkrycie dwoch takich gigantycznych szkieletow ludzkich mialo miejsce w
latach 1960tych, w obszarze Timaru nazywanym "Maori Park". Miejscowa gazeta
Timaru Herald,
takze rozpisywala sie szeroko na ich temat, zas wielu miejscowych ludzi ciagle
pamieta tamte opisy. Niestety, ja nie bylem w stanie pozwolic sobie na wklad
pracy dlugotrwalego poszukiwania jaki byl wymagany dla znalezienia szczegolow
wydawniczych oryginalnych artykulow na ich temat. Wkrotce po odkryciu, jak
wszelkie inne szczatki
nowozelandzkich gigantow, takze i te zniknely w tajemniczych okolicznosciach. Obecnie
nikt nie potrafi wskazac co z nimi sie stalo. Ja podjalem wysilek przesledzenia
dalszego losu giganta opisanego w powyzej cytowanym artykule z 1875 roku. Kiedy
jednak bylem bardzo bliski odnalezienia osoby ktora posiadala ogromna dolna
szczeke owego giganta jako rodzaj makabrycznej pamiatki, niespodziewanie zostalem
usuniety z pracy w Timaru i zmuszony zostalem do przeniesienia sie do innej
miejscowosci aby zarobic na swoj chleb codzienny. Wyglada wiec, ze owa
sekretna czarna moc jaka zniewala nasza planete i o jakiej pisze na stronie
internetowej
ufonauts.20m.com,
nie zyczy sobie abysmy dowiedzieli sie czegokolwiek na temat istnienia
ludzkich gigantow w Timaru.
Dzisiejsza medycyna uznaje az kilka
odmiennych powodo